Pokazywanie postów oznaczonych etykietą pielęgnacja. Pokaż wszystkie posty

Roztwór koloidalny srebra, kolargol - czy działa na trądzik?

Wiele z osób czytających tego bloga zmaga się problemem trądziku. W aptekach nagminnie sprzedawany jest (bardzo tani z resztą) roztwór koloidalny srebra (kolargol), który ma być rzekomym lekarstwem na wiele dolegliwości, między innymi trądzik. Pytanie jednak - czy to w ogóle ma prawo działać?
Czym właściwie jest kolargol?

Kolargol (roztwór koloidalny srebra) to surowiec farmaceutyczny do produkcji licznych leków, głównie dermatologicznych i okulistycznych, w skład którego wchodzi srebro, białko i żelatyna. Nie da się go jednak kupić w aptece! To co faktycznie w niej kupujemy pod tą samą nazwą jako suplement to odrobina kolargolu rozpuszczona w ogromnej ilości wody.

Co niby leczy srebro koloidalne?

Odpowiedź na to pytanie powinna brzmieć - wszystko. A jak podaje strona
 trądzik, AIDS, alergie, zapalenie wyrostka robaczkowego, zapalenie stawów, grzybica, zapalenie pęcherza moczowego, pasożyty krwi, zakażenie krwi, czyraki , oparzenia, rak Candida, cholera, zapalenie jelita grubego, zapalenie spojówek, zapalenie pęcherza moczowego, zapalenie skóry, cukrzyca, czerwonki, egzema, zapalenie błony śluzowej żołądka, rzeżączka, katar sienny, liszajec, niestrawność, zapalenie rogówki, trąd, białaczka, toczeń, zapalenia naczyń chłonnych, borelioza, malaria, zapalenie opon mózgowych, infekcje pasożytnicze: wirusowe, bakteryjne zapalenie płuc i grzybicze, zapalenie opłucnej, prostaty, świąd odbytu, łuszczyca, nieżyt nosa, reumatyzm, grzybice, szkarlatynę, łojotok, posocznica, półpasiec, raka skóry, gronkowce i paciorkowce, grypę żołądkową, kiłę, gruźlice, zapalenie migdałków, przewlekłe pęcherzykowe zapalenie rogówki, brodawki, drożdże, wrzody żołądka, wirusy zwierzęce i inne zastosowania weterynaryjne, grzybicze i wirusowe choroby roślin.


Jak działa srebro koloidalne?

Prawdziwe srebro koloidalne ma działania grzybo-, bakterio- i wirusobójcze (przynajmniej in vitro udowodnione). Czytając jednak liczne strony internetowe spotkałam się z takimi "naukowymi" doniesieniami na jego temat, że nie wiedziałam czy śmiać się czy płakać. Większość dostępnych w sieci artykułów pisana jest przez osoby nie mające ewidentnie żadnej wiedzy chemicznej, biologicznej lub medycznej (nawet najmniejszej). Dla przykładu:

  • W przeciwieństwie do antybiotyków farmaceutycznych, które niszczą enzymy wirusów tak samo jak enzymy komórek naszego organizmu, srebro koloidalne pozostawia "nasze" enzymy nienaruszone, ponieważ mają zupełnie inną budowę niż enzymy pierwotnego życia jednokomórkowego. W ten sposób srebro koloidalne jest całkowicie bezpieczne dla ludzi, gadów, roślin i wszystkich wielokomórkowych organizmów.  Źródło  Po pierwsze antybiotyki również nie działają na "nasze" enzymy, gdyż przeważnie stosowane antybiotyki albo hamują syntezę ściany komórkowej (której komórki zwierzęce nie posiadają) albo działają hamująco na enzymy (ale wyłącznie bakteryjne). Po drugie jeśli srebro jest całkowicie bezpieczne dla wszystkich wielokomórkowych organizmów to niestety dla grzybów też to samo przez się wyklucza jego działanie grzybobójcze  (btw. na tej samej stronie wyświetla się również reklama "cudownego preparatu" o zawartości śrebra - 50 ppm :D)
  •  W numerze British Medical Journal z 15 grudnia 1917 r. J. Mark Howell pisze, iż stwierdzono, że koloidalne srebro jest pomocne w przywracaniu czynności trąbek Eustachiusza oraz w zmniejszaniu kataru nosowo – gardłowego. Źródło - serio? powoływanie się na rzeczy z 1915 roku to już lekka przesada tym bardziej, że pierwszy antybiotyk - penicylina - została wykryta w 1938 roku... 
  •  Mechanizm, który pozwala na pozbycie się wirusów i bakterii, jest skuteczny także podczas leczenia nowotworów. Guzy nowotworowe powstają wtedy, gdy rozregulowuje się proces powstawania nowych tkanek, a srebro potrafi zahamować ten stan. Źródło - ciekawe, naprawdę nie wiem jak srebro miałoby sprawić że "ureguluje" się proces tworzenia komórek, może autor mi wyjaśni?


Nie chcę tutaj rozpoczynać dyskusji na temat jego skuteczności w ogóle (choć moim zdaniem, po przeczytaniu licznych artykułów naukowych skuteczność jest właściwie żadna). Skupmy się na trądziku - srebro koloidalne stosowane do przemywania twarzy ma leczyć naszą skórę. Spójrzmy jednak prawdzie w oczy - srebro koloidalne, które wykazywało jakiekolwiek, choćby najmniejsze pozytywne działanie zdrowotne musi być stosowane w odpowiednim stężeniu (przynajmniej 70%). W suplementach sprzedawanych w aptekach stężenie to podawane jest w PPM (a 1 ppm to 0.0001 %). Sami więc możecie ocenić czy "leczenie" tym środkiem odniesie skutek (chyba tylko placebo...). 

Najgorsze jest to, że niektóre firmy "mamią" ludzi w desperacji, chorych na poważne schorzenia, tymi śmiesznymi informacjami... Nie dajcie się nabrać!



Yonelle CC krem - recenzja

Jesteście po 40 roku życia? A może macie bardzo suchą skórę? Widzicie na swojej buzi już pierwsze zmarszczki? Czy żadne kremy nie zapewniają Wam odpowiedniego nawilżenia skóry? Jeśli na któreś z tych pytań odpowiedziałyście TAK - ten post jest dla Was!


Marka Yonelle nie kusiła mnie niczym specjalnym oprócz pięknych opakowań. Trochę o niej słyszałam, ale firma celuje w klientki po 40 roku życia więc nie interesowałam się nią specjalnie. Jakiś czas temu doszła do mnie jednak opinia, że nie powinnyśmy na siłę używać kremów przeznaczonych do naszego wieku, ale do wieku naszej skóry i jej potrzeb. Z racji tego, że mam bardo bardzo suchą skórę pod oczami i na powiekach postanowiłam wypróbować próbkę ich kremu pod oczu. I co? Okazał się rewelacją. W związku z tym, gdy tylko zobaczyłam krem CC na promocji w Douglasie za 39 zł - od razu do kupiłam!


Kilka słów o marce...

Misja firmy mówi "Nie sztuką jest zastosować w kosmetykach wszystkie najnowsze aktywne składniki. Sztuką jest sprawić, by przebiły się one przez barierę naskórka, która na ogół jest nie do pokonania. Wtedy mogą skutecznie działać. To największe wyzwanie kosmetologii XXI wieku."

Założycielki firmy odkryły brytyjski wynalazek objęty patentem farmaceutyczno-kosmetycznym jakim są nanodyski. To nic innego jak płaskie krążki wypełnione substancjami aktywnymi, które mogę je transportować, aż do 14 warstwy naskórka. Dzięki tym właściwościom kosmetyki infuzyjne potrafią wnikać w głębsze warstwy skóry niż zwykłe kremy i działać lepiej przeciwzmarszczkowo oraz nawilżająco.

O założycielkach...

Markę założyła biolog Jolanta Zwolińska oraz dr nauk chemicznych i kosmetolog Małgorzata Chełkowska. Firma powstała z zamiłowania obu Pań do kosmetycznych nowości. Zapewniam Was, że te kobiety doskonale znają się na tym co robią. Jedna z nich wiele lat kierowała działem badań znanej firmy kosmetycznej. Druga pracowała dla marek takich jak Soraya czy Dermika. Następnie założyła własny Beauty Instytut, który wielokrotnie był chwalony za najwyższą jakość usług.

O nagrodach...

Mimo, że marka istnieje dopiero od 2013 roku już doczekała się wielu nagród kosmetycznych. Między innymi nie ominęła ich nagroda Doskonałość roku 2014 Twojego stylu w kategorii Ekskluzywne kosmetyki do pielęgnacji twarzy. Qltowy Kosmetyk 2014 przyznał natomiast marce nagrodę za serię Infusion. In Style nagrodziła firmę tytułem Best Beauty Buys 2014 dla liftingującego kremu infuzyjnego. Elle Polska nadała tytuł kosmetyk roku 2015 Progresywnej Nanomasce. Glamour natomiast postanowiła docenić H2O Infuzyjne Płatki S.O.S. pod oczy uznając je za najlepszy luksusowy kosmetyk pod oczy 2015.

O skuteczności...

Firma chcąc zapewnić swoim klientom skuteczność produktów prowadzi liczne badania, monitorujące efekty stosowania ich kosmetyków. Prowadzone są one wysokospecjalistycznymi technikami wykorzystującymi metody optyczne, laserowe oraz mechaniczne.Wyniki niektórych z nich możecie podejrzeć tutaj. Jestem szczególnie zainteresowana ich działaniem przeciwzmarszczkowym, ponieważ pomimo młodego wieku, widzę już pierwsze mimiczne zmarszczki na czole, które jak na razie są płytkie, ale jak wiadomo lepiej zadziałać wcześniej niż później!

Co ja myślę?

Mój krem CC jest u mnie dopiero kilkanaście dni, ale muszę przyznać, że w tych upałach, które ostatnio nawiedzają Nasz cudowny kraj, sprawdza się świetnie! Zauważyłam, że mimo mojej suchej skóry pod ten krem nie muszę stosować żadnego dodatkowego nawilżenia. CC od Yonelle ma typową, kremową konsystencję, bardzo łatwo się go nakłada. Nie pozostawia żadnych smug, nie wchodzi w zmarszczki ani nie pozostawia nieestetycznych śladów przy włosach czy brwiach. Jego kolor idealnie stapia się z moją cerą, pozostawiając super naturalny efekt (w kolorówkach drogeryjnych klasyfikuję się w lecie mniej więcej w połowie). Moim zdaniem wystarczająco kryje wszelkie niedoskonałości, choć wiadomo, że nie jest to krycie pełnie, raczej oceniłabym je jako średnie, typowe dla CC kremów. Wchłania się bardzo szybko, a skóra pozostaje po nim miękka i wygładzona. Dodatkową przyjemność czerpiemy z jego nakładania, gdyż naprawdę pięknie pachnie i pozostawia na Naszej buzi efekt healthy glow, który ja wprost uwielbiam! Utrzymuje się bardzo długo nawet w ostatnie upalne dni, równocześnie nie przeciążając Naszej skóry. Nie spływa, nie zbiera się nieestetycznie w załamaniach. Na pewno cery mieszane będą musiały przypudrować nosek, ponieważ tam nie utrzyma się cały dzień, jednak cery suche powinny być zadowolone. 
Na minus tylko filtr - SPF 10 to trochę za mało jak na letnie dni. Na plażę czy całodzienną wycieczkę na słońcu ten CC na pewno się nie nada, gdyż jego ochrona jest po prostu za mała (tu jednak polecam Wam BB krem od Clinique, któy ma SPF 30 i w ostatni upalny weekend świetnie sprawdził mi się na całodziennie wypady na basen! Pomimo kąpieli w basenie i moczenia całej buzi nic a nic się na niej nie opaliłam!). Muszę przyznać jednak, że jako miejski filtr jest w sam raz i w tej formie na pewno sprosta Waszym oczekiwaniom.
Podsumowując - polecam ten CC nie tylko kobietom około 40, ale również młodym, których skóra potrzebuje regeneracji i nawilżenia. U mnie w tej formie sprawdza się na medal!

Poniższe zdjęcia nie są w żaden sposób "poprawiane"!





Próbowałyście kosmetyków tej firmy? Byłyście z nich zadowolone?


EOS - czy faktycznie jest się czym zachwycać?

Dziś spróbujemy rozprawić się ze sprawą osławionych balsamów do ust EOS. Czy faktycznie są warte zwrócenia na nie oka? Zapraszam!
  

 Na blogach niedawno była fala na balsamy do ust EOS. Wszyscy chwalą, mówią, że idealnie nawilżają, że zajady znikają, mają piękny zapach, idealną konsystencję... cóż... Ja się nie zgadzam. Absolutnie. I już na wstępie mówię, że nie będzie to pochlebna recenzja.


Przed EOSem byłam zachwycona balsamami do ust z Blistex (o których pisałam tutaj). Nadal nie znalazłam nic co by je pokonało. Widząc jednak te wszystkie pochlebne opinie o magicznych jajeczkach postanowiłam sobie takie sprawić. Wybrałam zapach sweet mint, który jest naprawdę cudowny. Co więc sprawia, że jestem z tego produktu tak niezadowolona? Przede wszystkim to, że gdy używałam Blistexów to NIGDY nie miałam spierzchniętych ust (nawet w zimie), nie pękały mi kąciki ust, nie miałam zajadów, ani suchych skórek. Każda szminka wyglądała na tym balsamie idealnie, a nawilżenie utrzymywało się bardzo długo (choć wiem, że wiele z Was ma na ich temat inne zdanie, co tym bardziej skłania mnie do stwierdzenia, że to jak te balsamy działają zależy od stanu naszych ust). Nie wiem co mnie podkusiło, żeby kupić EOSa, naprawdę nie wiem. Chociaż nie... sory - wiem - chęć posiadania czegoś nowego i pozytywne opinie o tym produkcie. Głupia. Jednak może przejdźmy do właściwej recenzji.


Balsam przychodzi do nas w pięknym opakowaniu, które absolutnie nie ściera się w torebce i po miesiącu użytkowania nadal wygląda bardzo estetycznie. Produkt ma idealną konsystencję - nie nakłada się za dużo ani za mało, nie jest zbyt miękki ani zbyt twardy. Zapach jest przepiękny, w moim przypadku miętowy i utrzymuje się bardzo długo na ustach, jednak nie jest męczący. Na ustach pozostawia delikatną poświatę, jak to zwykle mają w zwyczaju pomadki niekoloryzujące. I to by było na tyle jeśli chodzi o plusy.

Przejdźmy do minusów...

Nawilżenie jakie otrzymujemy przy tym balsamie jest... zerowe. Serio. Dla mnie EOS praktycznie w ogóle nie nawilża. Jedyne co robi to fizycznie jest na naszych ustach. Ciągle robią mi się przy nim zajady, suche skórki, oblizuję usta bo są przesuszone. A dodam, że jest przecież lato, więc warunki pogodowe nie są takie aż znowu ciężkie. W zimie przy Blistexie zajad zdarzył mi się raz na rok, a przy EOSie mam je co chwile, w dodatku nie chcą się nim leczyć. Żeby ten balsam działał to musiałabym chodzić nim wysmarowana chyba cały czas! A w praktyce używam takich kosmetyków tylko rano, pod każdą szminkę oraz na noc. W dodatku balsam wcale nie utrzymuje się długo na ustach. Krótko mówiąc, totalna porażka. A cena? 20 zł za taki badziew to gruba przesada! Blistexa mam za 10 zł. Nie polecam.

A jak tam Wasze odczucia z używania EOSów? Jesteście zadowolone?




Olejek Evree Slim - recenzja

Nigdy nie przepadałam za olejkami, jednak jakiś czas temu bardzo polubiłam się z olejkiem Evree do twarzy (recenzja tutaj). Idąc tym tropem postanowiłam wypróbować olejek Evree Slim - w końcu ćwiczę, biegam, staram się zdrowo odżywiać to przyda mi się jakiś wspomagacz - pomyślałam. Jak było?

Olejku Evree Slim używam od miesiąca. Zaznaczę od razu, że nie spodziewałam się po kosmetyku, że schudnę, ponieważ to raczej niemożliwe. Spodziewałam się natomiast, że skóra się ujędrni i wysmukli! Czy tak się stało?




Olejek Evree dostajemy w buteleczce o pojemności 100 ml. Ma zamknięcie na zatrzask i to jest moim zdaniem minus tego produktu. Gdy wylewamy olejek na rękę przez dziubek, część olejku wylewa Nam się potem z drugiej strony tego zamknięcia i spływa po całej butelce. Z resztą w moim przypadku całe to opakowanie jest mega tłuste już i brudne z każdej strony przez ten dziwny mechanizm zamykania. Ostrzegam tu również przed przewożeniem go gdziekolwiek. Raczej nie ryzykowałabym! Sama butelka wykonana jest z plastiku - to dobrze, gdyż jest lekki. łatwo wydobyć z niej olejek i nie musimy się bać, że gdy Nam spadnie to się rozwali.





No dobra dobra... opakowanie opakowaniem, a co z działaniem?



Skład obfituje w dobroczynne dla naszego ciała oleje. Znajdziemy tu między innymi kompleks algowy, olejek perilla, grapefruitowy, makadamia, migdałowy, winogronowy oraz pieprz Cayenne.

Olejek już od pierwszej aplikacji wyraźnie poprawia kondycję skóry. W moim przypadku stała się ona miękka i miła w dotyku. Widać również, że jest bardziej gładka i sprężysta. Poprawa jej stanu jest zauważalna gołym okiem, ale muszę tu zwrócić uwagę na fakt, że dodatkowo ćwiczę, biegam oraz jestem systematyczna w jego stosowaniu, ponieważ nakładam go codziennie, co na pewno nie pozostaje bez wpływu na zadowolenie z tego produktu. Jeśli chodzi o nawilżenie - utrzymuje się na normalnym poziomie, nie zauważyłam, żadnego przesuszenia, ale również nie nawilża w cudowny sposób ( za to dwufazowy olejek nawilżający tej marki, który dzięki uprzejmości firmy dostałam do testów już mam nadzieję TAK). Produkt stosuję na uda i pośladki. Muszę przyznać, że po pierwszej aplikacji spodziewałam się, że będzie u niego słabo z wydajnością. Jestem mile zaskoczona, ponieważ pomimo tego, że muszę wylać olejek na rękę około 4 razy, żeby pokryć całą powierzchnię ud i pośladków to nie ubywa go szybko i po miesiącu zużyłam około 1/5 opakowania. To naprawdę niezły wynik! Jego działania na obrzęki nie mogłam sprawdzić, ponieważ ich nie mam.




Olejek szybko się wchłania. Ma formę podobną do suchego olejku. Nie pozostawia tłustej warstwy. Po wmasowaniu do pełnego wchłonięcia możecie bez problemu usiąść na łóżku czy ubrać piżamę i nic nie powinno się pobrudzić. Jest kilka opcji jego stosowania - można na rozgrzaną po kąpieli skórę, można dodać kilka kropel do ulubionego balsamu do ciała. Ja wybrałam tą pierwszą opcję. Jedyne do czego można się przyczepić przy tym olejku to zapach. Są osoby, którym bardzo przypadł on do gustu... a są też takie, którym nie i ja jestem w tej drugiej grupie. Zapach ma w sobie nuty pomarańczy i innych cytrusów, jest lekko ostry. Mi osobiście się nie podoba. Muszę jednak przyznać, że nie jest długotrwały, szybko znika z naszej skóry, więc nie jest to minus dyskwalifikujący produkt w moim przypadku. Jak wiadomo zapach to rzecz gustu. Nie ma co się nad tym rozwodzić.





Podsumowując - polecam ten produkt w 100%, gdyż efekty działania na pewno zobaczycie już po kilku dniach stosowania. Spodziewajcie się ujędrnienia, sprężystości i wygładzenia skóry. Będzie miękka i przyjemna w dotyku. Koszt - 30 zł.




Używałyście tego olejku? Jak Wam przypadł do gustu? Jesteście zadowolone?

Jak zwalczyć trądzik po 20 roku życia?

Mówi się, że trądzik to problem nastolatków. I tak przeważnie jest. Są jednak wśród Nas i takie osoby, którym trądzik wcale nie przechodzi wraz z opuszczeniem liceum. Są również takie, u których dopiero po dwudziestce się pojawia. Jak sobie z tym radzić?



Po pierwsze i najważniejsze, mówiąc trądzik, nie mam wcale na myśli tych 3 krostek, które od czasu do czasu pojawiają się na Twojej twarzy. Osoby z idealną cerą stanowią nie więcej niż 10% naszej populacji. Oprócz tych kilku szczęśliwców, cała reszta boryka się od czasu do czasu z kilkoma niedoskonałościami na buzi i nie można nazwać tego stanem chorobowym jakim jest trądzik, ale najzwyczajniejszą reakcją skóry na zanieczyszczenia środowiska, pot, sebum i makijaż. Mówiąc trądzik mam na myśli nieustępliwy problem na buzi, przez który wstydzimy się wychodzić do ludzi niepomalowane, nasza samoocena spada do poziomu parteru, a nasza skóra boli, jest zaczerwieniona, pokryta ropnymi krostkami i woła o pomoc. 

Gdy problem ten nie mija wraz z opuszczeniem szkoły średniej lub dopiero wtedy się pojawia, należy zdecydowanie wybrać się do dermatologa. I to dobrego. Dlaczego? 
Wielu dermatologów widząc trądzik na buzi przepisuje bez zastanowienia Izotretynoinę (pochodna witaminy A, występuje pod nazwami handlowymi Izotek, Aknenormin, Roacutane, Axotret i inne). Zapominają jednak o poinformowaniu pacjentów, czyli Nas, o tym, że jest to POWAŻNY lek, a nie pierwszy lepszy sposób na poradzenie sobie z pryszczami. Owszem, jest to droga bardzo skuteczna, jednak czy najlepsza? Przed rozpoczęciem tak poważnej kuracji warto spróbować wszystkich innych środków, które są dostępne. A jest to naprawdę szeroki wachlarz opcji...

Po pierwsze warto zrobić badania krwi, gdyż trądzik może mieć przyczyny hormonalne, szczególnie jeśli pojawia się w okolicach żuchwy oraz na szyi. Gdy jednak okaże się, że wyniki są w porządku drążymy dalej.



Można zacząć od delikatnych kremów złuszczających np. Pharmaceris z 5, a następnie 10% kwasem migdałowym. Ten krem czyni cuda przy walce z zaskórnikami i w tej formie naprawdę bardzo go polecam. Stosuje się go tylko na noc, cienką warstwę. Następnym krokiem jest leczenie kwasami o silniejszym działaniu, już u dermatologa lub wykwalifikowanej kosmetyczki.  W internecie jest możliwość nabycia kwasów do samodzielnego przygotowania. Nie polecam jednak tej metody. Wykwalifikowane osoby są w stanie ocenić Naszą skórę i dobrać odpowiednie stężenie kwasów, a cały zabieg przeprowadzić w bezpieczny sposób. Jeśli coś pójdzie nie tak, macie możliwość wymagania odszkodowania! A co może pójść nie tak? Stężenie kwasów może być niedostosowane do Waszej skóry i powodować poważne poparzenia skóry, z głębokimi ranami oraz bliznami i przebarwieniami. Gdy robicie to w domu może się stać tak samo. Ale chyba nie muszę mówić Wam, że gdy robicie to na własną rękę, nie mając o tym pojęcia (ani o sposobie wykonania takiego zabiegu, ani pewności co do źródła pochodzenia Waszego produktu) to prawdopodobieństwo, że zrobicie sobie krzywdę jest o wiele większe! W dodatku wtedy nie macie możliwości proszenia nikogo o odszkodowanie, a naprawienie tego co zrobiliście może być naprawdę bardzo kosztowne lub wręcz niemożliwe.

Gdy naszym problemem są ropne zmiany warto spróbować terapii laserem. Nie próbowałam, a z perspektywy czasu żałuję, gdyż być może uniknęłabym wtedy leczenia Izotretynoiną. Daje naprawdę świetne efekty (oczywiście po kilku zabiegach).

Kolejną drogą są wszelkie dostępne antybiotyki do stosowania zewnętrznego (Duac, Epiduo, Clindacne, Normaclin). Wiem, że w dzisiejszych czasach ludzie boją się antybiotyków jak ognia, ale zapewniam Was, że jak trzeba to trzeba. Trądzik jest zwykle wynikiem kolonizowania naszej buzi przez bakterie. A co działa na bakterie? Oczywiście antybiotyk. Te do stosowania zewnętrznego nie są silne, działają miejscowo, rzadko mają jakieś skutki uboczne. Niestety minusem tej terapii jest fakt, że wiele osób po chwilowej poprawie stanu skóry, ma nawrót trądziku. Są jednak pacjenci, którym to pomaga i moim zdaniem warto spróbować. Te leki zwykle nie są drogie (około 20 - 30 zł), a możemy dzięki nim uniknąć poważniejszych terapii.




Okey, nie pomogło. Co dalej?

Tutaj wyciągamy powoli działa armatnie, czyli zaczynami leczyć Nasz problem od wewnątrz. Bardzo dobre efekty daje leczenie antybiotykami doustnymi. Najczęściej stosowane są Tetracykliny (nazwa handlowa Tetralysal). Są to bardzo skuteczne antybiotyki, o szerokim spektrum działania (czyli na wiele różnych bakterii). Taka terapia trwa zwykle około pół roku. Tutaj ważna informacja. Aby leczenie było skuteczne, nie należy przerywać brania leku po jednym opakowaniu, jak tylko ustąpi problem, lecz kontynuować leczenie stopniowo zmniejszając dawkę antybiotyku, nawet jeśli trądzik przestał się pojawiać dużo wcześniej. Wiele osób robi ten błąd, że bierze jedno opakowanie (czy dwa) i gdy pryszcze przestaną wychodzić to już nie wracają do dermatologa. To podstawowy błąd! Trądzik wraca po kilku miesiącach i wtedy Tetracykliny mogą już nie pomóc... 

Gdy już próbowaliśmy wszystkiego pozostaje Nam niestety już tylko Izotretynoina. Na początku warto jednak spróbować zastosować ją miejscowo - w formie maści do smarowania zewnętrznie (np. Locacid, Aknemycin plus, Atrederm, Retin A). Lek ten może na początku powodować podrażnienia skóry, w związku z tym, gdy rozpoczynacie kurację warto nakładać cieniutką warstwę, tylko na miejsca problematyczne, co 2-3 dni. Gdy Nasza skóra już się przyzwyczai, wtedy możemy nakładać co wieczór. Nie smarujemy buzi lekiem w ciągu dnia. Stosujemy natomiast wtedy kremy z wysokim filtrem, aby uniknąć podrażnienia skóry i oparzeń słonecznych, o które w tym okresie bardzo łatwo. Takie leczenie trwa dość długo, bo kilka miesięcy, ale daje naprawdę świetne efekty!

Wojna, zaczyna się wtedy, gdy już nic nie pomaga. To właśnie moment, w którym sięgamy po doustną Izotretynoinę. Kuracja jest długa, droga, ma wiele skutków ubocznych i wymaga od Nas wielu wyrzeczeń. Dlatego, zanim ją rozpoczniemy, warto się poważnie zastanowić i wypróbować wszystkie możliwe sposoby, aby jej uniknąć. Więcej i leczeniu Izotretynoiną możecie przeczytać na blogu w zakładce o tej nazwie. 

Nie ujęłam w moim zestawieniu oczywiście domowych sposobów radzenia sobie z trądzikiem. Takich postów jest mnóstwo w internecie, być może sama złożę kiedyś na ten temat, jakąś konkretną notkę zbierającą te wszystkie informacje i opracuję je pod względem merytorycznym. W tym poście chciałam jednak wspomóc Was w walce z trądzikiem i zachęcić do rozważenia wszelkich opcji zanim podejmiecie się leczenia Izotretynoiną, a także przestrzec przed często popełnianymi błędami podczas kuracji, które sprawiają, że mówicie, że dermatolog nie pomógł. 


Czy wypróbowaliście którąś z tych kuracji i czy przyniosła oczekiwane efekty? Może polecacie jakiś szczególny lek lub dermatologa w swoim mieście? Zapraszam do dyskusji!



Wypadanie włosów - przyczyny i jak sobie z tym radzić?


Wiele z nas - kobiet - zmaga się z problemem wypadania włosów. Przyczyn może być wiele - od złej pielęgnacji do poważnych chorób. Dziś chciałabym przedstawić Wam podstawowe powody tracenia większej ilości włosów oraz kilka sposobów jak sobie z tym radzić. Zapraszam!


Postanowiłam podzielić przyczyny wypadania włosów na kilka kategorii. Pierwsza to...

Błędy w pielęgnacji

1. Mycie/suszenie - włosy mogą wypadać dlatego, że są przesuszone. Czym? A no tym, że codziennie męczymy je suszarką, prostownicą, lokówką oraz tym, że nieumiejętnie stosujemy kosmetyki. Po pierwsze, drogie Panie, pamiętajcie o tym, że do mycia skóry głowy służy szampon. I tylko tam go stosujemy, masując delikatnie skalp. Na umycie włosów w zupełności wystarczy piana spływająca podczas spłukiwania głowy. Natomiast odżywka to już zupełnie inna bajka. Ona służy do włosów - nie do głowy. W związku z tym nakładamy ją mniej więcej od wysokości ucha, a nie na sam skalp. Dlaczego? Dlatego, że często zawarte w odżywkach związki, takie jak silikony, są świetne dla naszych włosów (zamykają łuski, sprawiają, że włosy są błyszczące, gładkie, nie puszą się) natomiast nie działają już tak super na skalp - przesuszają skórę głowy, zatykają pory, powodując łupież, swędzenie, podrażnienia i właśnie - wypadanie włosów!

2. Spinanie włosów - chodzenie ciągle w upiętym koku lub ciasno związanym kucyku sprzyja utracie włosów głównie dlatego, że osłabia ich cebulki, powodując nawet ich zanik. To samo tyczy się ciągnięcia za włosy podczas rozczesywania. róbmy to umiejętnie, czyli zaczynajmy od dołu, kierując się następnie ku górze. Przed rozpoczęciem czesania długich włosów warto spryskać je odżywką bez spłukiwania ułatwiającą rozczesywanie. Spanie w mokrych/wilgotnych włosach również sprzyja ich utracie, ponieważ podczas długiego leżenia w jednej pozycji załamywana jest struktura włosa przez co jest on osłabiony i może się łatwiej w tym miejscu łamać i kruszyć (otrzymujemy iluzję wypadania).

To co jemy

Nasza dieta bardzo wyraźnie wpływa na stan całego naszego organizmu, w tym również na włosy. Chyba nie muszę Wam mówić, o tym, że źle działają na nie takie używki jak papierosy czy alkohol. Włosy stają się matowe, tracą blask, szybciej wypadają. Dlaczego? Dlatego, że te używki pozbawiają Nasz organizm ważnych składników odżywczych potrzebnych do budowania komórek włosa. Niebezpieczne są również diety skupiające się na znacznym ograniczeniu przyjmowanych kalorii lub tzw. monodiety, czyli takie które skupiają się na spożywaniu jednej grupy produktów np. białkowe. Dzieję się tak dlatego, że pozbawiają Nas witamin dostępnych tylko w określonej grupie składników, białek (a w tym aminokwasów), żelaza oraz cynku.

Leki

Liczne leki wzmagają wypadanie włosów. W tej grupie znajdują się leki zawierające witaminę A (izotretynoina), leki na nadciśnienie, antykoncepcja hormonalna, leki rozrzedzające krew, antydepresanty, leki przeciwzapalne, immunosupresyjne (podawanie przy przeszczepach).

Pozostałe

Stres - długotrwały stres zwiększa wypadanie włosów, jednak jest to proces powolny. Krótkotrwały silny stres może spowodować całkowite wyłysienie w ciągu 4 -6 tygodni.

Toksyny - zatrucie takimi związkami jak rtęć, tal, arsen.
Hormony - często nadmierne wypadanie włosów obserwuje się w przebiegu menopauzy, ciąży, po urodzeniu dziecka. Jest to spowodowane intensywnymi zmianami hormonalnymi zachodzącymi w Naszym organizmie.
Choroby tarczycy - jeśli nagle zauważyłaś nadmierne wypadanie włosów, a przy tym duży spadek wagi w niedługim okresie czasu, częste uczucie gorąca, duży apetyt, to zdecydowanie powinnaś zbadać tarczycę! Choroba Gravesa - Basedova często daje takie właśnie objawy.



Uff... skoro już skończyliśmy z przyczynami, czas na sposoby radzenia sobie z tym problemem.

1. Kapsułki, które dostarczają brakujących witamin, mikroelementów, aminokwasów. Z własnego doświadczenia wiem, że bardzo fajnie sprawdzają się kapsułki Revalid. Trzeba brać je codziennie, 3 razy dziennie, przez 3 miesiące. Po tym czasie, jeśli powodem wypadania były niedobory określonych aminokwasów, problem powinien ustąpić.

2. Odżywki do stosowania na skórę głowy/ wcierki - tutaj mogę osobiście polecić wcierki z Jantar. Stosuje się ją codziennie i naprawdę poprawia kondycję włosów i sprawia, że są mocniejsze i mniej wypadają. Do tego nie przetłuszcza włosów.

3. Olejowanie włosów - wyraźnie odżywia i nawilża skórę głowy

4. Szampon - powinien być delikatny, mieć krótki skład, bez sls które wysuszają skórę głowy. Dobrze jest stosować taki, który ma w nazwie "do skóry wrażliwej" lub "przeciw wypadaniu włosów". Polecam sięgnąć po te apteczne, gdyż drogeryjne półki uginają się pod kosmetykami, które zawierają multum substancji wysuszających! (choć i tu trafiają się perełki).

5. Stosowania szczotek plastikowych czy drewnianych, metalowych. Lepiej sięgnąć po takie z włosiem, ponieważ są zdecydowanie delikatniejsze dla włosów.

6. Ograniczenie zachowań opisanych wyżej czyli: szarpania za włosy, nakładania odżywki na głowę, ubogiej diety, leków powodujących wypadanie, spinania włosów ciasną gumką.




Macie jeszcze jakieś rady dziewczyny? O czymś zapomniałam? Borykacie się z wypadającymi włosami czy ten problem raczej Was nie dotyczy?


Nowe produkty = testy! Co sprawdzę w najbliższym czasie?

Ostatnio dowiedziałam się o wielu ciekawych produktach i to z różnych stron. Zarówno od innych blogerek jak i od koleżanek. Kilka rzeczy kupiłam oczywiście też dlatego, że zwyczajnie skusiły mnie na sklepowych półkach. Zapraszam na post o produktach, które będę testować w najbliższym czasie, zarówno tych od dawna chcianych i upragnionych jak i o tych, które przypadkowo wpadły mi w oko.




Na początek może te naprawdę przeze mnie chciane!



Balsam do ust EOS o zapachu sweet mint - blogerki chwalą, koleżanki również, czy ja pochwalę? Zobaczymy!



Pędzel Hakuro H24 do różu/bronzera - zaczęłam już troszkę używać i jestem w fazie zachwytu, zobaczymy co dalej.


Gumki do włosów Ivisibobble - chciałam je mieć tak długo, że nawet gdyby okazały się totalnym szitem to bym je pewnie pochwaliła. Na razie jednak nie aspirują do opinii szitu, ponieważ są idealne do spania, podczas noszenia maski na włosach czy olejowania. Co do wiązania nimi włosów na co dzień, cóż, mam mieszane uczucie, ale jeszcze zobaczymy.


Teraz rzeczy, które był moją zachcianką.



Błyszczyk The Body Shop Lip Gloss - nie słyszałam o nim wcześniej nic. Jest jednak naturalny, zawiera olej z orzechów marula, witaminę E. Dodatkowo ma świetną opinię na KWC. Ja mam wiecznie spierzchnięte usta. Lubię tę firmę, więc czemu by go nie spróbować?



Limitowana paletka cieni Catrice - mam tyle cieni do powiek, że kupowanie kolejnych to przejaw niczego innego jak jawnej głupoty. Szkoda nawet komentować. Mam nadzieję, że okażą się tego warte.




Szampon i odżywka do włosów suchych The Body Shop - tutaj uległam niezwykłej promocji, w której to można było kupić 2 produkty do włosów w cenie jednego. Kosmetyki są naturalne, zawierają oleje. Mam nadzieję, że podziałają na moje wypadające, suche włosy.



Jantar - wcierka do włosów - ma pomóc na ich wypadanie. Zbiera same świetne opinie. Dam znać co i jak, ponieważ widzę, że dużo osób po leczeniu przeciwtrądzikowym ma z włosami spory problem i interesują się tym tematem.



Krem pod oczy Ziaja Kuracja Lipidowa - mój dotychczasowy z Dermedic jest beznadziejny. Tzn. może nie beznadziejny - ja mam bardzo suchą skórę wokół oczu. Na dzień jest super, ponieważ jest leciutki, makijaż pięknie na nim wygląda. Natomiast na noc, potrzebuję czegoś bardziej odżywczego. Jak wiadomo krem na noc nie może być jednak zbyt ciężki, stąd wybór padł na Ziaję. Czy da radę? Recenzja na pewno się pojawi!



Peeling enzymatyczny Ziaja - jest to peeling do skóry wrażliwej, którą niestety ja posiadam. Nie mogę stosować żadnych peelingów ziarnistych, ani nic co podrażniałoby skórę. Moją ulubienicą w pielęgnacji zapewniającą ochronę przed zaczopowaniem gruczołów łojowych przez martwy naskórek oraz przed nie do końca zmytym makijażem jest szczotka do mycia twarzy Clarisonic Mia 2 o której pisałam tutaj. Teraz postaram się ją wspomóc jeszcze tym peelingiem.



Olejek Evree Slim do ciała - olejek ma za zadanie ujędrniać, wygładzać, odżywiać. Czego chcieć więcej? Mam nadzieję, że będę nim zachwycona tak samo jak produktem tej firmy do twarzy, o którym pisałam tutaj.

Btw. Macie już prezent dla mamy?


To koniec. Dotrwałyście? To dajcie znać, czy używałyście któregoś z nich i czy byłyście z nich zadowolone? Recenzję jakiego produktu najchętniej byście przeczytały?

Serum do rzęs Long4Lashes, Czy naprawdę działa? I czy jest bezpieczne?

Long4Lashes - osławiony produkt przyspieszający wzrost rzęs, zapobiegający ich wypadaniu oraz zagęszczający je. Na początku były głosy za, później wiele głosów przeciw. Zawarty w odżywce (i innych tego typu) Bimatoprost jest popularnie stosowanym lekiem na zwiększone ciśnienie śródgałkowe (jaskra). Czy stosowanie takich odżywek jest skuteczne? A przede wszystkim czy jest bezpieczne?


Na początek trochę faktów

Bimatoprost jest zbliżony budową do naturalnie w naszym organizmie występujących prostaglandyn (substancje działające lokalnie, często przeciwstawnie, na wiele procesów fizjologicznych, m.in są mediatorami stanu zapalnego, a ich działanie hamowane jest przez leki z rodziny NLPZ czyli np. Aspirynę, Ibuprofen), jednak nie oddziałuje on na żaden znany receptor prostaglandynowy. Jest to lek stosowany w leczeniu jaskry jednak w znacznie większych stężeniach niż w odżywkach do rzęs. Po podaniu do worka spojówkowego bardzo dobrze przenika do rogówki i twardówki. Ogólnoustrojowa ekspozycja na lek jest bardzo mała, nie stwierdza się jego zdolności do kumulacji. Substancja utrzymuje się w organizmie około 24 h.

Efekty stosowania

Zdjęcia przed zastosowaniem odżywki



Po miesiącu stosowania:




Po 2 miesiącach stosowania (tu już mam aparat więc zdjęcia lepsze):












A po pomalowaniu tuszem:





Mam z natury niestety krótkie, gęste rzęsy. Zdjęcia może nie ukazują tego w 100% ale rzęsy wyraźnie się wydłużyły. Zaczęły rosnąć intensywniej nawet w miejscach, w których wcześniej nie rosły wcale lub bardzo niewiele (wewnętrzny kącik oka). Wcześniej raczej nie zdarzało mi się wychodzić z domu tylko z pomalowanymi rzęsami, a teraz robię to bez problemu. Rzęsy są wyraźnie gęstsze, podkręcone. Pomimo tego, że nakładałam odżywkę zgodnie z zaleceniami producenta, tylko na górną linię rzęs to i tak te dolne również bardzo mi urosły.
Do końca kuracji jednak jest jeszcze dużo czasu, gdyż powinna trwać 6 miesięcy. Po tym czasie należy stosować odżywkę 3-4 razy w tygodniu dla utrzymania efektu. Jedyny "skutek uboczny" jaki zanotowałam to fakt, że rzęsy faktycznie rosną we wszystkich kierunkach i czasem ciężko mi je umalować, ponieważ są bardzo niesforne.

Co ja o tym wszystkim myślę?

Stężenie substancji w serum Long4Lashes jest bardzo małe w stosunku do tego jakie stosuje się w lekach na jaskrę (w odżywkach jest to około 0,03% leku, w porównaniu do 0,3% w kropkach do oczu). Myślę, że nie ma co przesadzać z tym niebezpieczeństwem, tym bardziej jeśli używamy odżywki tak jak producent nakazuje, czyli nakładając niewielką ilość tylko na górną linię rzęs. Nie malujemy więc serum całych rzęs, ani nie rysujemy po ich dolnej linii. To bardzo ważne. To samo tyczy się ilości nakładanego produktu. Producent wyraźnie zaznacza, aby całą linię rzęs pomalować tylko jedną dawką, bez maczania pędzelka w produkcie kilka razy. Moim zdaniem serum odpowiednio zastosowane nie powinno zaszkodzić. Oczywiście w razie wystąpienia któregokolwiek z wymienionych w ulotce skutków ubocznych serum należy natychmiast odstawić.
Słyszałam jednak głosy, że niektóre dziewczyny, aby zdobyć serum na porost rzęs taniej (odżwyka kosztuje około 60 zł) biegną do lekarzy, kłamią, a Ci wypisują im recepty na Lumigan (krople do oczu). Jest to absolutnie niezdrowy trend przede wszystkim z uwagi na fakt, że stężenie bimatoprostu w nich jest o wiele większe niż w odżywkach.!

Stosowałyście już odżywki tego typu? Jakie były efekty? Co myślicie o Bimatoproście?