Pokazywanie postów oznaczonych etykietą makijaż. Pokaż wszystkie posty

Paleta Too Faced Chocolate Bon Bons

Recenzja i swatche



Która z Nas nie lubi pięknych opakowań od Too Faced czy Benefit? Ta paletka pod tym względem nie różni się od pozostałych czekolad. Już samo jej otwieranie powoduje przypływ pozytywnych emocji, gdyż trafia w Nasz najczulszy zmysł - węch. I nie jest to byle jaki zapach moje Drogie. To zapach produktu, który wszystkie uwielbiamy czyli czekolady! Opakowanie jest zdecydowanie na +. Metalowa kasetka zamykana jest na magnes, co uchroni nasze paznokcie przed złamaniem czy zdarciem lakieru podczas jej otwierania. Jeśli obawiacie się, że takie rozwiązanie może spowodować jej otworzenie się podczas przewożenia, to muszę przyznać, że ja podróżowałam z nią już kilka razy, włożoną między ubrania i nic jej się nie stało. Paletka zawiera lusterko, a w opakowaniu dołączone są 3 propozycje makijaży - bardo przydatne dla początkujących!


W środku otrzymujemy 14 cieni w kształcie serduszek i 2 prostokąty (co jest bardzo praktycznym rozwiązaniem, gdyż odcienie najjaśniejsze zużywają się najszybciej). Kolory bardzo uniwersalne, można nimi wykonać zarówno dzienny jak i wieczorowy makijaż. Ponadto każdy kolor oczu będzie mógł używać wszystkich załączonych cieni, gdyż są to głównie odcienie brązów, beży i róży, które pasują każdemu. Przyznam, że to właśnie przekonało mnie do jej zakupu. Wcześniej nie nabyłam paletek Too Faced, ponieważ ich kolorystyka nie do końca trafiała w moje gusta- w jednej był niebieski cień, którego z pewnością nie użyłabym ani razu, a w drugiej zbyt dużo odcieni złotych i miedzianych, w których wyglądam tragicznie. 



Cienie są super łatwe w nakładaniu - nawet laik poradzi sobie ze zrobieniem nimi cudownego makijażu. Dlaczego? Dlatego, ze ich blendowanie to BAJKA. Dosłownie. Mam kilka paletek innych firm typu Urban Decay, Sleek, Estee Lauder, ale z żadną nie pracuje mi się tak łatwo. Dlatego właśnie to Bon Bons wybieram do codziennego, porannego makijażu, kiedy jak wiadomo, czasu jest mało, a niezawodność produktu w cenie,. No właśnie - dlaczego niezawodność? Po pierwsze, cienie nie osypują się podczas nakładania, więc nie muszę martwić się o ewentualne ścieranie połowy zrobionego już makijażu (choć wiem, że niektóre dziewczyny na wizażu skarżyły się, że tak, ale ja nakładam je zawsze na bazę, więc może to jest różnica). Po drugie wszystkie kolory świetnie utrzymują się w ciągu dnia. Nic się nie rozmazuje, nie osypuje, kolory nie zlewają się w papkę jednego koloru. Po 8 h wyglądają nadal tak jak je nałożyłyśmy. Dodatkowy + dla firmy za to, że te cienie naprawdę nie uczulają. Dla porównanie powiem Wam, że zwykle nie maluję dolnej powieki - z założenia nigdy. Powód jest prosty - moje oczy łzawią przy wszystkich cieniach nałożonych w tych okolicach co po kilku minutach doprowadza do tego, że ani z cieni, ani z korektora, ani z niewodoodpornego tuszu nic nie zostaje. Te cienie pod tym względem są niesamowite! Bez problemu mogę pomalować nimi dolną powiekę i oczy w ogóle nie łzawią!



Co do samej kolorystyki. 
Znajdziemy tam dwa bardzo jasne odcienie - Satin Sheets (który jest naprawdę satynowym kolorem, lekko opalizującym na róż/złoto) oraz Divinity (kremowy, ma malutkie drobinki, których na oku nie widać, a dają efekt rozświetlenia).
Następnie paleta róży czyli Sprinkles (jaśniutki róż, idealny do makijażu glow/baby face), Cotton Candy ( średni odcień ciepłego różu) oraz Totally Fetch ( ostry róż wpadający w fuksję, moim zdaniem bardzo fajny na dolną powiekę do podkreślenia brązowego makijażu).
Brązy są reprezentowane przez Cashew Cheew ( ciepły, delikatny beż, idealny do modelowania oka w załamaniu), Pecan Praline (chłodny odcień jasnego brązu wpadającego w szarość, do podkreślenia załamania w chłodnym makijażu), Almond Truffle (średni brąz, taki, który powinien znaleźć się w każdej uniwersalnej paletce, idealny do dziennego makijażu), Molasses Chip (brąz opalizujący na złoto, ale muszę przyznać, że jest to piękny złoty kolor, który pasuje do każdego koloru oczu), Mocha (średni matowy brąz, dość ciepły), Bordeaux ( ciepły, ciemny brąz, fajny do wymodelowania zewnętrznego kącika i podkreślenia dolnej powieki), Malted (mój ulubiony kolor, ciemny czekoladowy brąz z delikatnymi opalizującymi na złoto drobinkami, które są jednak na tyle rzadkie, że nienachalne a pięknie wydobywają brązowy makijaż oka) oraz najciemniejszy Dark Truffle ( bardzo ciemny brąz z drobinkami).
Ponadto w paletce znajdziemy jeszcze Cafe au Lait (bardzo jasny srebrny, wpadający w beż, do wewnętrznego kącika, bardzo błyszczący), Earl Grey ( pięknie wydobywa zielony kolor oczu, gdyż jest to zieleń właśnie ale wpadając w czerń na oku, bardzo udany odcień) oraz Black Currant (jak sama nazwa wskazuje jest to kolor oberżyny, z drobinkami, na oku wypada rewelacyjnie).

Od lewej: Divinity, Satin Sheets, Sprinkles

Od lewej: Cafe Au Lait, Cotton Candy, Totally Fetch, Black Currant

Od lewej: Molasses Chip, Bordeaux, Malted, Dark Truffle

Od lewej: Almond Truffle, Cashew Chew, Pecan Praline, Mocha

I na koniec: Earl Grey

Paletka Too Faced Chocolate Bon Bons, o której wydawało by się, że jest tylko tanim chwytem reklamowym okazała się prawdziwą rewelacją. W dodatku tańszą niż Naked od Urban Decay, a muszę przyznać, że jakościowo dużo lepszą. 

 Pozdrawiam!

Trądzik - moja druga twarz.


Dziś post będzie bardzo osobisty... Jakiś czas temu obejrzałam ten oto filmik. Oczywiście zrobił na mnie wrażenie jednak pozostawiłam go bez odpowiedzi. Kilka dni temu byłam jednak świadkiem sytuacji, która popchnęła mnie do jego odgrzebania. Makijaż dla wielu kobiet to przyjemny poranny rytuał, dzięki któremu w ciągu 10 minut zyskują +100 punktów do pewności siebie. Odrobina podkładu i tuszu do rzęs jest w stanie naprawdę zdziałać cuda. Są jednak wśród Nas kobiety, którym to wcale nie zajmuje 10 minut. Dla których nie jest to przyjemność, ale smutna codzienna konieczność. Które nie dodają sobie w ten sposób pewności siebie, a starają się przetrwać w dzisiejszej dżungli idealnych wizerunków kreowanych przez media. Ich największym kompleksem jest trądzik.

https://www.youtube.com/watch?v=WWTRwj9t-vU


Wydaje Wam się, że przesadzam? 
A czy cierpiałyście kiedyś z powodu trądziku nasilonego w takim stopniu jak u youtuberki powyżej? Lub gorszego? Jeśli nie, to nie macie pojęcia o czym mówię. Osobiście nie miałam nigdy aż takich problemów ze skórą jak dziewczyna powyżej. Mój trądzik był  mniejszy, przybierał formę raczej podskórnych grudek niż ropnych wykwitów. Nie zmienia to jednak faktu, że doskonale wiem co czuje zarówno ona jak i inne dziewczyny (oraz mężczyźni) borykający się z tym problemem.

Nie istniałam bez makijażu. 
Dosłownie i w przenośni. Absolutnie nigdzie nie pokazywałam się nieumalowana. Bez podkładu nie poszłam nawet po bułki do sklepu. Wstydziłam się trądziku przed moim chłopakiem do tego stopnia, że gdy zmyłam makijaż to od razu gasiłam światło, a pierwsze co robiłam wstając rano to biegłam do łazienki się umalować. Nienormalna, pomyślicie... Ja z perspektywy czasu też tak uważam. W głowie osoby borykającej się z tym problemem nie jest to jednak takie proste. Myśl o tym, że inni mogliby zobaczyć jak wyglądam bez podkładu przerażała mnie. Widziałam i słyszałam komentarze ludzi na temat osób, które mają trądzik. Zdolność kamuflowania się opanowałam do perfekcji. Cały makijaż zajmował mi wtedy około 30 minut (co teraz wydaje mi się nie do pomyślenia, gdyż zajmuje mi to góra 10 minut). Moje poczucie własnej wartości było bardzo niskie. Gdy gdzieś wychodziłam często sprawdzałam w lustrze czy na pewno makijaż się trzyma i wygląda jak należy. Nosiłam ze sobą w torebce masę korektorów, podkładów i pudrów "na wszelki wypadek". Ciągle próbowałam nowych podkładów i kremów przeciwtrądzikowych. Wydawałam na to naprawdę fortunę. Jak się pewnie domyślacie nic nie skutkowało. Miałam obsesję na punkcie mojego wyglądu. Ciągle przeglądałam się w lustrze, bacznie obserwując czy wyskakują mi nowe pryszcze. To było nie do zniesienia. W końcu przeszłam kurację Izotretynoiną, dzięki której całkowicie pozbyłam się mojego największego kompleksu. Możecie mówić, że to nic takiego, że trądzik ma przecież w jakimś okresie swojego życia prawie każdy. Pamiętajcie jednak, że u niektórych to nie przechodzi jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki wraz z opuszczeniem liceum. Buzia jest wizerunkiem człowieka. Naszą najważniejszą dla innych częścią ciała. Wiecie, że pewne badania udowodniły, że w związkach w których ludziom najbardziej z całego ciała podobają się ich twarze są dużo trwalsze niż te w których osoby jako ulubioną część ciała partnera podają inną niż buzia? Zakochujemy się w czyjejś twarzy, to ją wspominamy gdy jesteśmy daleko i za nią tęsknimy, to ją całujemy, to ją na co dzień oglądamy. Nie da się ukryć kompleksu, który na niej występuje pod ubraniem. Jedyne czym możemy się okryć to makijaż.

Dzisiejsze media kreują obraz idealnego ciała, cery, figury. Ideał, który dla większości z Nas jest nieosiągalny. Miliony młodych kobiet próbuję jednak go dogonić, często dramatycznymi sposobami. Dlaczego? Ze strachu - przed złośliwymi komentarzami, wstydem, brakiem akceptacji ze strony otoczenia, zostawieniem przez chłopaka, byciem odrzuconym. Najgorsze jest jednak to, że sami sobie taką przestrzeń wykreowaliśmy.
Wiele z tych "strachów" istnieje tylko w naszej głowie.

Yonelle CC krem - recenzja

Jesteście po 40 roku życia? A może macie bardzo suchą skórę? Widzicie na swojej buzi już pierwsze zmarszczki? Czy żadne kremy nie zapewniają Wam odpowiedniego nawilżenia skóry? Jeśli na któreś z tych pytań odpowiedziałyście TAK - ten post jest dla Was!


Marka Yonelle nie kusiła mnie niczym specjalnym oprócz pięknych opakowań. Trochę o niej słyszałam, ale firma celuje w klientki po 40 roku życia więc nie interesowałam się nią specjalnie. Jakiś czas temu doszła do mnie jednak opinia, że nie powinnyśmy na siłę używać kremów przeznaczonych do naszego wieku, ale do wieku naszej skóry i jej potrzeb. Z racji tego, że mam bardo bardzo suchą skórę pod oczami i na powiekach postanowiłam wypróbować próbkę ich kremu pod oczu. I co? Okazał się rewelacją. W związku z tym, gdy tylko zobaczyłam krem CC na promocji w Douglasie za 39 zł - od razu do kupiłam!


Kilka słów o marce...

Misja firmy mówi "Nie sztuką jest zastosować w kosmetykach wszystkie najnowsze aktywne składniki. Sztuką jest sprawić, by przebiły się one przez barierę naskórka, która na ogół jest nie do pokonania. Wtedy mogą skutecznie działać. To największe wyzwanie kosmetologii XXI wieku."

Założycielki firmy odkryły brytyjski wynalazek objęty patentem farmaceutyczno-kosmetycznym jakim są nanodyski. To nic innego jak płaskie krążki wypełnione substancjami aktywnymi, które mogę je transportować, aż do 14 warstwy naskórka. Dzięki tym właściwościom kosmetyki infuzyjne potrafią wnikać w głębsze warstwy skóry niż zwykłe kremy i działać lepiej przeciwzmarszczkowo oraz nawilżająco.

O założycielkach...

Markę założyła biolog Jolanta Zwolińska oraz dr nauk chemicznych i kosmetolog Małgorzata Chełkowska. Firma powstała z zamiłowania obu Pań do kosmetycznych nowości. Zapewniam Was, że te kobiety doskonale znają się na tym co robią. Jedna z nich wiele lat kierowała działem badań znanej firmy kosmetycznej. Druga pracowała dla marek takich jak Soraya czy Dermika. Następnie założyła własny Beauty Instytut, który wielokrotnie był chwalony za najwyższą jakość usług.

O nagrodach...

Mimo, że marka istnieje dopiero od 2013 roku już doczekała się wielu nagród kosmetycznych. Między innymi nie ominęła ich nagroda Doskonałość roku 2014 Twojego stylu w kategorii Ekskluzywne kosmetyki do pielęgnacji twarzy. Qltowy Kosmetyk 2014 przyznał natomiast marce nagrodę za serię Infusion. In Style nagrodziła firmę tytułem Best Beauty Buys 2014 dla liftingującego kremu infuzyjnego. Elle Polska nadała tytuł kosmetyk roku 2015 Progresywnej Nanomasce. Glamour natomiast postanowiła docenić H2O Infuzyjne Płatki S.O.S. pod oczy uznając je za najlepszy luksusowy kosmetyk pod oczy 2015.

O skuteczności...

Firma chcąc zapewnić swoim klientom skuteczność produktów prowadzi liczne badania, monitorujące efekty stosowania ich kosmetyków. Prowadzone są one wysokospecjalistycznymi technikami wykorzystującymi metody optyczne, laserowe oraz mechaniczne.Wyniki niektórych z nich możecie podejrzeć tutaj. Jestem szczególnie zainteresowana ich działaniem przeciwzmarszczkowym, ponieważ pomimo młodego wieku, widzę już pierwsze mimiczne zmarszczki na czole, które jak na razie są płytkie, ale jak wiadomo lepiej zadziałać wcześniej niż później!

Co ja myślę?

Mój krem CC jest u mnie dopiero kilkanaście dni, ale muszę przyznać, że w tych upałach, które ostatnio nawiedzają Nasz cudowny kraj, sprawdza się świetnie! Zauważyłam, że mimo mojej suchej skóry pod ten krem nie muszę stosować żadnego dodatkowego nawilżenia. CC od Yonelle ma typową, kremową konsystencję, bardzo łatwo się go nakłada. Nie pozostawia żadnych smug, nie wchodzi w zmarszczki ani nie pozostawia nieestetycznych śladów przy włosach czy brwiach. Jego kolor idealnie stapia się z moją cerą, pozostawiając super naturalny efekt (w kolorówkach drogeryjnych klasyfikuję się w lecie mniej więcej w połowie). Moim zdaniem wystarczająco kryje wszelkie niedoskonałości, choć wiadomo, że nie jest to krycie pełnie, raczej oceniłabym je jako średnie, typowe dla CC kremów. Wchłania się bardzo szybko, a skóra pozostaje po nim miękka i wygładzona. Dodatkową przyjemność czerpiemy z jego nakładania, gdyż naprawdę pięknie pachnie i pozostawia na Naszej buzi efekt healthy glow, który ja wprost uwielbiam! Utrzymuje się bardzo długo nawet w ostatnie upalne dni, równocześnie nie przeciążając Naszej skóry. Nie spływa, nie zbiera się nieestetycznie w załamaniach. Na pewno cery mieszane będą musiały przypudrować nosek, ponieważ tam nie utrzyma się cały dzień, jednak cery suche powinny być zadowolone. 
Na minus tylko filtr - SPF 10 to trochę za mało jak na letnie dni. Na plażę czy całodzienną wycieczkę na słońcu ten CC na pewno się nie nada, gdyż jego ochrona jest po prostu za mała (tu jednak polecam Wam BB krem od Clinique, któy ma SPF 30 i w ostatni upalny weekend świetnie sprawdził mi się na całodziennie wypady na basen! Pomimo kąpieli w basenie i moczenia całej buzi nic a nic się na niej nie opaliłam!). Muszę przyznać jednak, że jako miejski filtr jest w sam raz i w tej formie na pewno sprosta Waszym oczekiwaniom.
Podsumowując - polecam ten CC nie tylko kobietom około 40, ale również młodym, których skóra potrzebuje regeneracji i nawilżenia. U mnie w tej formie sprawdza się na medal!

Poniższe zdjęcia nie są w żaden sposób "poprawiane"!





Próbowałyście kosmetyków tej firmy? Byłyście z nich zadowolone?


Róż Bobbi Brown i rozświetlacz Revlon - recenzja

Róż i rozświetlacz to nieodzowne elementy mojego codziennego makijażu. Moja kolekcja tej kategorii kosmetyków przyprawia o zawrót głowy więc oszczędzę Wam tego widoku, ale przedstawię Wam moich dwóch ulubieńców. Zapraszam!


Na pierwszy ogień - róż w kremie Bobbi Brown

Nienawidzę róży w kremie. Ich nakładanie doprowadza mnie do szału, wiecznie robię sobie jakieś smugi, policzki a la lalka barbie, plamy. No totalny dramat. Kupiłam kiedyś róż z MACa w kremie i rzuciłam go w kąt po kilku użyciach, ponieważ naprawdę nie dało się nim umalować (tzn. pewnie się dało tylko ja jestem na tyle nieudolna, że nie potrafię). Jednak do rzeczy... Zakupując zestaw kilku małych pojemności produktów z Bobbi Brown, trafił mi się m.in. róż w kolorze Pale Pink. Oczywiście w kremie. Nie byłam z tego zbytnio zadowolona i przez jakieś dwa tygodnie w ogóle go nie dotknęłam, gdyż z góry założyłam, że to nie dla mnie. Jednak pewnego dnia postanowiłam go spróbować. Pierwsza próba to oczywiście totalna klapa. Wyglądałam jak ruska baba (nie obrażając rosyjskich kobiet). Pozbierałam się jednak szybko i spróbowałam jeszcze raz. Powiedziałam sobie - dobra, tym razem mniejsza ilość. Efekt mnie powalił. Róż wygląda pięknie, o ile nałożony jest w rozsądnej ilości - ja nakładam palcem po dwóch obrotach po kółeczku różu. Różnica pomiędzy Bobbi a MACiem jest taka, że Bobbi rozsmarowuje się w magiczny sposób. Gdy nałożycie go na policzek pod palcami ma idealną, pudrową konsystencję. Nie sposób rozsmarować go nie równo lub zrobić sobie plamy (naprawdę!), ponieważ nie zasycha zbyt szybko. Efekt jaki daje na naszej skórze to odrobinę mokro wyglądający, świeży make up - wprost idealny na lato. Róż utrzymuje się na skórze caluteńki dzień, aż do zmycia makijażu. Nie powoduje powstawania zaskórników ani wyprysków. Nie spływa z buzi nawet w ciepły dzień. Zaznaczę tutaj jednak, że na policzkach mam cerę suchą. Dla mnie to idealne rozwiązanie, gdyż dzięki temu moja skóra cały dzień wygląda świeżo i promiennie, bez żadnych poprawek w ciągu dnia. Nie czuję uczucia ściągnięcia nawet po 16 godzinach noszenia makijażu! Dodam, że róż wygląda na policzkach pięknie nawet po popołudniowej drzemce. Kosmetyk ten trafił na listę ulubieńców maja, o których mogliście przeczytać tutaj, więc niech to świadczy o tym jak bardzo jestem z niego zadowolona (w przeciwieństwie do tuszu z tej marki, którego nie znoszę). Inna możliwość użycia tego produktu to nałożenie go na usta. I za to kocham ten kosmetyk. Nie muszę zastanawiać się nad wyborem odpowiedniego odcienia szminki, który będzie pasował do koloru moich policzków, gdyż używając jednego produktu na usta i policzki dostaję idealne "zgranie" makijażu. Minus jeśli chodzi o usta jest taki, że produkt na nich nie zasycha w związku z tym trzeba na niego uważać, bo może się rozmazać. 
Cena - 120 zł za pełnowymiarowy produkt. 



Rozświetlacz Revlon

Ta marka wypuściła jakiś czas temu dwa róże z drobinkami, które dla mnie jednak lepiej służą jako rozświetlacze, gdyż mają wiele drobinek. Kosmetyk bardzo pyli, nie jest zbyt wydajny, dużo nakłada się go na pędzel, więc radzę robić to oszczędnie. Dlaczego tak go lubię? Ponieważ jest idealny do rozświetlania kości policzkowych. Daje naprawdę piękny efekt! Zaznaczam jednak, że ja lubię efekt rozświetlenia. Co prawda nie do końca widzi mi się wyglądanie jak choinka, ale nie lubię matowych policzków. Dla osób, którym podoba się taki efekt, ten kosmetyk będzie idealny. Dla mnie dużym plusem jest też fakt, że paski są bardzo zróżnicowane kolorystycznie. Pierwszy kolor jest biały, więc można nim rozświetlić praktycznie wszystko - od wewnętrznego kącika oka po łuk kupidyna i policzki. Drugi to jasny, cukierkowy róż - piękny do stworzenia naturalnego, codziennego, dziewczęcego looku. Reszta kolorów wpada w ciepłe brązy co sprawia, że nada się Nam idealnie do użycia go z bronzerem i ja właśnie w tej opcji najbardziej lubię używać tych 3 pozostałych pasków. 
To co jednak zastanawia mnie przy tym produkcie to... cena. 60 zł za taki kosmetyk to naprawdę dużo za dużo w mojej opinii. Ja kupiłam je na promocji w Rossmannie -50% i w tej opcji bardzo się opłacały. Nigdy nie dałabym za ten kosmetyk pełnej ceny, ponieważ prawda jest taka, że dużo bardziej wydajny i łatwiejszy w użyciu produkt zakupimy w MACu, a różnica cenowa nie jest aż tak duża (nie wspominając już o kosmetykach MUR czy The Balm).

Zdjęcia makijażu wykonanego tymi kosmetykami możecie zobaczyć TUTAJ



Używałyście tych kosmetyków? Jesteście z nich zadowolone?

Już teraz możecie śledzić mnie na Instagramie :) (lewy górny róg bloga!)

Lakiery do paznokci Wibo Flower

Lakiery do paznokci rzadko są gośćmi na moim blogu. Znalazłam jednak coś co urzekło mnie tym razem i są to...


... zestawy lakierów Wibo.

Lakiery pięknie prezentują się na paznokciach. Mają, moim zdaniem, idealnie dobraną kolorystykę. Obecnie noszę je zarówno na stopach jak i na dłoniach i jestem zachwycona. Opakowania są malutkie - idealne na jeden sezon (po 3 ml). Pędzelek jest drobny, lecz muszę przyznać, że wygodnie się nim maluje.  Mają świetną konsystencję - 2 warstwy w zupełności wystarczą, a błyszczące wykończenie wieńczy dzieło. Dodatkowy plus za szybkie wysychanie! 

Dostępne są również inne zestawy kolorystyczny - m.in intensywny róż z równie intensywnym kobaltem. Zapoznajcie się z ofertą w swoich Rossmannach, ponieważ naprawdę warto. Cena - 10 zł.





Właśnie jedna z Was dała mi informację, że lakier żółty można stosować tylko i wyłącznie na sztuczne paznokcie. Uważajcie!

Czy jest ktoś kto nie przygarnąłby tych dwóch słodkich istotek do swojego domu? Ja nie mogłam się oprzeć! 

P.S. Jak widzicie na blogu pojawił się nowy szablon, nowe etykiety. Jak Wam się tu teraz podoba?

W sekcji must know będą pojawiać się posty o rzeczach, które mnie zainspirowały, ciekawostkach kosmetycznych, pielęgnacyjnych i nie tylko. Znajdą się tu wszystkie rzeczy, które absolutnie skradły moje serce, a nie są kosmetykami.

Makijaż smokey eye na wieczór

Dziś przychodzę do Was z makijażem wieczorowym, który możecie wykorzystać na specjalną okazję. Jest to zwykłe smokey eyes, które będzie pasować do absolutnie każdego koloru oczu. Dodatkowo ten make up jest banalnie prosty i zrobicie go w 15 minut!


Czego potrzebujecie?
Paletki cieni (lub pojedynnczych) w kolorze czarnym, ciemny brąz, jasny brąz oraz cielisty.
Czarnej kredki.
Czarnego tuszu.








Jak tworzymy?

1. Nakładamy bazę na całą powiekę ruchomą
2. Obrysowujemy oko czarną kredką dookoła oraz na dolnej linii wodnej (jeśli chcecie możecie obrysować też górną linię wodną)
3. W wewnętrznym kąciku nakładacie odrobinę jasnego, świetlistego cienia.
4. Na środku powieki nakładacie brązowy cień w średnio - ciemny, najlepiej matowy.
5. Wzdłuż górnej powieki nakładacie czarny cień skośnym pędzlem i delikatnie rozcieracie ku górze.
6. W zewnętrznym kąciku nakładacie bardzo ciemny brąz i modelujecie kształt oka, blendując czarny cień  brązem oraz z resztą powieki ruchomej. W razie potrzeby dokładacie cienia (pamiętajcie aby nie wyjechać tym cieniem za daleko, ponieważ patrz punkt 7)
7. Granicę ciemnego cienia po zewnętrznej stronie rozcieracie cielistym cieniem bez drobinek - robicie to tak długo aż będzie ona płynna i przydymiona.
8. Na dolnej powiece rozcieracie wcześniej nałożoną czarną kredkę brązowym cieniem (lub jeśli chcecie nadać kolorystycznego akcentu to jakimkolwiek innym kolorem). W moim przypadku jest to brąz z odrobiną złotych drobinek, gdyż ten kolor podbija moją tęczówkę.
9. Ja dodałam jeszcze odrobinę świecącego różowego cienia, dającego efekt mokrego na środek górnej powieki.
10. W razie potrzeby poprawiacie dolną linię wodną.
11. Tuszujemy rzęsy.

Moim skromnym zdaniem do takiego makijażu oka wystarczy tylko odrobina bronzera i rozświetlacza na policzkach oraz szminka lub błyszczyk w odcieniu nude.

Pamiętajcie, że przy makijażu smokey eye obowiązkowo musicie nałożyć pod oczy korektor, powinien on być o ton jaśniejszy od podkładu. Okolica oka powinna być lekko rozświetlona oraz idealnie gładka i jednolita żeby taki makijaż wyglądał efektownie!



Jak Wam się podoba? Często wykonujecie smokey eye czy raczej sprawia Wam to trudność?

Nowe produkty = testy! Co sprawdzę w najbliższym czasie?

Ostatnio dowiedziałam się o wielu ciekawych produktach i to z różnych stron. Zarówno od innych blogerek jak i od koleżanek. Kilka rzeczy kupiłam oczywiście też dlatego, że zwyczajnie skusiły mnie na sklepowych półkach. Zapraszam na post o produktach, które będę testować w najbliższym czasie, zarówno tych od dawna chcianych i upragnionych jak i o tych, które przypadkowo wpadły mi w oko.




Na początek może te naprawdę przeze mnie chciane!



Balsam do ust EOS o zapachu sweet mint - blogerki chwalą, koleżanki również, czy ja pochwalę? Zobaczymy!



Pędzel Hakuro H24 do różu/bronzera - zaczęłam już troszkę używać i jestem w fazie zachwytu, zobaczymy co dalej.


Gumki do włosów Ivisibobble - chciałam je mieć tak długo, że nawet gdyby okazały się totalnym szitem to bym je pewnie pochwaliła. Na razie jednak nie aspirują do opinii szitu, ponieważ są idealne do spania, podczas noszenia maski na włosach czy olejowania. Co do wiązania nimi włosów na co dzień, cóż, mam mieszane uczucie, ale jeszcze zobaczymy.


Teraz rzeczy, które był moją zachcianką.



Błyszczyk The Body Shop Lip Gloss - nie słyszałam o nim wcześniej nic. Jest jednak naturalny, zawiera olej z orzechów marula, witaminę E. Dodatkowo ma świetną opinię na KWC. Ja mam wiecznie spierzchnięte usta. Lubię tę firmę, więc czemu by go nie spróbować?



Limitowana paletka cieni Catrice - mam tyle cieni do powiek, że kupowanie kolejnych to przejaw niczego innego jak jawnej głupoty. Szkoda nawet komentować. Mam nadzieję, że okażą się tego warte.




Szampon i odżywka do włosów suchych The Body Shop - tutaj uległam niezwykłej promocji, w której to można było kupić 2 produkty do włosów w cenie jednego. Kosmetyki są naturalne, zawierają oleje. Mam nadzieję, że podziałają na moje wypadające, suche włosy.



Jantar - wcierka do włosów - ma pomóc na ich wypadanie. Zbiera same świetne opinie. Dam znać co i jak, ponieważ widzę, że dużo osób po leczeniu przeciwtrądzikowym ma z włosami spory problem i interesują się tym tematem.



Krem pod oczy Ziaja Kuracja Lipidowa - mój dotychczasowy z Dermedic jest beznadziejny. Tzn. może nie beznadziejny - ja mam bardzo suchą skórę wokół oczu. Na dzień jest super, ponieważ jest leciutki, makijaż pięknie na nim wygląda. Natomiast na noc, potrzebuję czegoś bardziej odżywczego. Jak wiadomo krem na noc nie może być jednak zbyt ciężki, stąd wybór padł na Ziaję. Czy da radę? Recenzja na pewno się pojawi!



Peeling enzymatyczny Ziaja - jest to peeling do skóry wrażliwej, którą niestety ja posiadam. Nie mogę stosować żadnych peelingów ziarnistych, ani nic co podrażniałoby skórę. Moją ulubienicą w pielęgnacji zapewniającą ochronę przed zaczopowaniem gruczołów łojowych przez martwy naskórek oraz przed nie do końca zmytym makijażem jest szczotka do mycia twarzy Clarisonic Mia 2 o której pisałam tutaj. Teraz postaram się ją wspomóc jeszcze tym peelingiem.



Olejek Evree Slim do ciała - olejek ma za zadanie ujędrniać, wygładzać, odżywiać. Czego chcieć więcej? Mam nadzieję, że będę nim zachwycona tak samo jak produktem tej firmy do twarzy, o którym pisałam tutaj.

Btw. Macie już prezent dla mamy?


To koniec. Dotrwałyście? To dajcie znać, czy używałyście któregoś z nich i czy byłyście z nich zadowolone? Recenzję jakiego produktu najchętniej byście przeczytały?

Lekki i świeży makijaż na wiosnę



 Gdy tylko pojawią się pierwsze promienie wiosennego słońca, na ulicach możemy ujrzeć tysiące kolorowych makijaży. Ja nie jestem jednak wielbicielką wszystkich kolorów tęczy na powiekach. Moim zdaniem w sezonie wiosenno - letnim najlepiej sprawdzają się naturalne makijaże. Jak uzyskać taki naturalnie wyglądający, świeży, promienny i dziewczęcy makijaż? Zapraszam!

Główne skrzypce gra tutaj cera, która powinna być idealnie wypielęgnowana i nieskazitelna. Oczywiście mało która z nas może się taką pochwalić w związku z tym stawiam na lekko wyglądający, delikatnie kryjący podkład dla ujednolicenia faktury twarzy oraz kolorytu. Dodatkowo dbamy o to, aby nasze spojrzenie nie wyglądało na zmęczone czyli nakładamy korektor pod oczy - koniecznie rozświetlający - o to jaśniejszy od podkładu. Wewnętrzny kącik rozjaśnianiamy lekko połyskującym cieniem. Na policzki nakładamy dziewczęcy, świeżo wyglądający róż. To doda naszej buzi promiennego blasku. Na szczyt kości policzkowych odrobina rozświetlacza (możemy go użyć również do rozświetlenia wewnętrznego kącika oka - ja tak robię). Całość ma wyglądać dziewczęco, promiennie i lekko. Oto mój przepis na wiosenny makijaż!

Podstawą są tutaj dwa produkty
1. Róź Pot Rouge for Lips and Cheeks - gdy czytam blogi kosmetyczne spotykam się z dwoma rodzajami opinii na temat pot róży - jedni je kochają, inni nienawidzą. Ja należę do tej pierwszej kategorii. Uważam, że dzięki nim nawet osoby nie interesujące się jakoś specjalnie kosmetykami mogą uzyskać spójny makijaż. Usta i policzki pięknie wtedy ze sobą współgrają i nie trzeba męczyć się z doborem odpowiedniej szminki.
Mój: Pot Rouge for Lips and Cheeks z Bobbi Brown w kolorze Pale Pink 11

2. Eyeliner w pięknym niebieski kolorze - właściwie nada się tu każdy eyeliner w Waszym ulubionym kolorze. Ja ubóstwiam ten odcień niebieskiego, który mam i każdemu go polecam. Osobiście mam zielone oczy, ciężko dobrać mi odpowiedni kolor, w tym przypadku trafiłam idealnie. Na pewno będzie się on super spisywał również przy brązowych oczach.















Produkty użyte do wykonania makijażu to:

1. Korektor pod oczy Giorgio Armani High Precision Retouch
2. Podkład Kiko Milano Universal Fit w kolorze WB 15
3. Róż oraz szminka Pot Rouge Bobbi Brown w kolorze Pale Pink 11
4. Eyeliner Kiko Milano
5. Puder Guerlain Meteorites
6. Tusz Bobbi Brown Smokey Eye
7. Rozświetlacz Revlon



Zdjęcia makijażu przy różnych oświetleniach








Jak Wam się podoba makijaż? Jakie są Wasze ulubione kosmetyki na wiosnę?